noches-de-bohemia blog

Twój nowy blog

Sądziłam, że to niemożliwe, jednego dnia myśleć o kimś tak, a następnego całkiem zmienić zdanie. Wydawało mi się, że to dzieje się tylko  filmach – chyba nigdy, choćby nawet moja świadomość przyjmowała to do wiadomości, nie nauczę się, że moje życie jest jak film.
Jakieś półtora miesiąca temu wczytywałam się w podpisy na otrzymanym zdjęciu i nie potrafiłam powstrzymać łez wzruszenia, łez szczęścia, bo to takie… abrumante. Nigdy nie zapomnę tej nocy i tego, jak pierwszy raz przeczytałam wszystko to, co widniało na odwrocie zdjęcia. I to nie te 4 czy 5 języków robiło wrażenie, tylko to, że o pewnych rzeczach nie wiedziałam, nie pomyślałam, nie zdawałam sobie z nich sprawy. Bałam się, że będę tak błyszczeć mokrymi oczami do rana, ale kiedy czytasz: „(…) Dzięki Tobie stałem się kimś. Dziękuję. (…)”, to ciepło na serduchu powoduje, że nawet oczy… się pocą.
Oczy to zresztą temat na całkiem inny temat.

Że powoli chudnę jak wyciskana dwa razy dziennie tubka pasty do zębów zostawiania smętnie w przybrudzonym, szklanym kubeczku. Że te ostatnie miesiące bardzo się przydały na ustabilizowanie mojej sytuacji. Tak oto ustabilizowana w tym… zamęcie, piszę wreszcie. Tak naprawdę nie wiem wciąż równie wielu rzeczy, co wcześniej. Różnica polega chyba na tym, że teraz wiem, że tak już zostanie.
Aksamitne tasiemki szczęścia przeplatały się co kilka chwil z ostrymi sznurami bezsilności i gniewu. Nie chodzi o to, że mijający rok dał mi w kość – pewnie nie mnie jednej. Chociaż chodzi pewnie po trosze o wszystko… Chodzi o krew na schodach; o zostawianie Go samego na zaśnieżonej, pomarańczowej od rozjaśniających noc świateł ulicy; o brak wykończeń w mieszkaniu; o operację obojga Kociotworów (dzięki Bogu szczęśliwą); i o moje pierwsze „prawdziwe” Święto Zmarłych…; o to rozrywające „dlaczego??!”; chodzi o 180 stopni odmiany w relacjach z niektórymi istotami; o to, że jest inaczej niż przypuszczałam; o Rycerza załamującego się pod ciężarem zbroi; o zawód; o nie do końca udane czuwanie nad moją małą S.; o to smutnozniechęconopełneżalu spojrzenie Trawy gdy mówił „pełen… rock’n'roll, w tym słowie zawiera się wszystko…”; o nagłe usunięcie się spod moich nóg gruntu tanecznego; o tak odczuwalny brak Jorge, gdy nie mógł jednak przyjechać i Chrisa, gdy te wszystkie… ‚zmiany’…; o brak mozliwosci wpływania na niektóre decyzje; o zastępowanie dobrych istot osobami ‚niewłaściwymi’; o borykanie się wspaniałych, jasnych osób z ciemną stroną…
Nie. Tak naprawdę nie chodzi o to. Nawet nie jest mi (już) smutno. To nie był zły rok. Po prostu na chwilę obecną niczego nie jestem pewna, a to znacząco wpływa na utrudnienie życia..

EDYTUJĘ specjalnie dla Flying:

Oczywiście, że pamiętałam o 20. października, jeszcze się nie zdarzyło, bym nie pamiętała. Uczciłam ten dzień, ale wydaje mi się, że był to temat tak odrębny od uczuć i spostrzeżeń, jakie w nocy świętowania się we mnie narodziły, że nie miałoby sensu łączenie tych dwóch kwestii. No bo co, „Dokąd zmierzamy?! A tak w ogóle to dzisiaj urodziny Viggo”?? Hmm, jakoś mi to nie brzmi harmonijnie. Cmok :*

KONIEC edytowania.

Pomagam ratować kocie istnienia; gdy ktoś poprosi, chętnie tłumaczę mu to, czego nie potrafi, żeby mógł się rozwijać; przebywam kawał drogi, choć nie mam czasu, byle dotrzeć, żeby być choćby przez chwilę, żeby dotknąć, spojrzeć w oczy, podzielić się uśmiechem; podpowiadam zapomniane wersy; przytrzymuję kilkuletnim dziewczynkom ciężkie drzwi do łazienki; biegam jak niemądra między drzewami, z półgołymi plecami, żeby nie utrudniać życia ludziom, przez których muszę to robić; zamykam oczy, kiedy Piotruśpan śpiewa i prawie płaczę kiedy mówi o W. – zamyśla się wtedy i chociaż z (przesadnie…?) szerokim uśmiechem wspomina te najniezwyklejsze sytuacje związane z W., widzę, za każdym razem widzę, ile w nim bólu, rezygnacji i… ciemności. . .; uśmiecham się do ludzi, którzy chyba mnie nie lubią i unikam tego całego zaplectwa – czyli „rozmawiania o kimś za jego plecami”.
A najgorsze jest to, ze wydaje mi się, że wszyscy powinni to wszystko tak samo jak ja.

Potykam się o niewykorzystane szanse jak o własne walizki na środku podłogi. Oczywiście, robię wiele rzeczy dla siebie, ale… ilu nie robię ze wględu na/przez/dla kogoś…?
Czy w przeciągu pięciu godzin możesz nagle pojąć naraz kilka rzeczy, które nie chciały ci się wbić do głowy przez kilka… lat? Co robić, żeby nie zaspać, żeby nie odkładać tegoczytamtego na jutro – dlaniej, dlaniego, dlanich? Gdzie jest granica? Co zrobić, żeby nie przegapić pociągu do stacji Moje Życie? Żeby stworzyć coś swojego, trwałego, materialnego lub nie, ale wypełniającego ewentualną pustkę? Żeby coś niezapomnianego zachować dla siebie, dla kogoś, kto przyjdzie po tobie? Nieistotne co by to było – wspomnienia tego, co się jednak zdecydowaliśmy zrobić, czy mały, biały domek na klifie… By nie zaprzepaścić wszystkiego ze względu na tototoito… ?

Ostatnio przypomniał mi się Robert w niebieskim sweterku ze śnieżynką. Uśmiechnęłam się na to wspomnienie stwierdzając, że jeśli jesteś MĘŻCZYZNĄ, to możesz założyć na siebie nawet coś zabawnego, a i tak efekt będzie fajny, a twoje teksty będą moimi…:

„Tyle wyrzuconych słów… i mniej świąt ducha niż wina…
Co dał mi świat? Co może dać – więcej ziemi czy nieba?
Tyle porzuconych dróg i więcej głupoty niż chleba… Co dał mi czas, co może dać?
I co zostanie tutaj po mnie?? Czy to warte jest… beze mnie o mnie?
I co zostanie tutaj po mnie? Czy to tylko sen bez wspomnień…? Proch rzucony na wiatr… Proch rzucony na morze…
Mało dobra, a tyle zła… I los wciąż każe wybierać… Co niesie czas? Co może dać?
I co zostanie tutaj po mnie?! Czy to warte jest, beze mnie o mnie? Co zostanie tutaj po mnie? Czy to tylko sen bez wspomnień…? Proch rzucony na morze, proch rzucony na wiatr… proch rzucony na… wiatr.”

Nie rozumiem tego uciekania, ach ach, zwinnych uników, byle tylko nie spojrzeć w oczy, och, byle tylko nie wylądować twarzą w twarz, by czasem nie dać po sobie niczego poznać. Źrenice badające ziemię, na której się wcale mocno nie stoi. Głowa jak u drewnianych, ruchomych modeli do malarstwa, wędruje wte i wewte, lądując pod najdziwniejszymi kątami.
Z drugiej strony nie rozumiem również tej pewności, tych wszystkich odrazuwiedziałam, tylkoiwyłącznie, tonapewnoto i innych stuprocentyzmów.
Gdy nagle ktoś rzuca na mnie strumień światła, z przestrachem stwierdzam, że wciąż tak słabo siebie znam.
Może fajnie byłoby mieć bliźniaka? Przeglądałabym się w nim jak w lustrze i wiedziała już wszystko. Lub nic. Ale istniałoby pewne constans. W dzieciństwie chciałam mieć za to starszego brata. Dzisiaj wystarczają znajomi/przyjaciele.
Źle się czuję z ludźmi, którzy nie rozumieją mojego dziwnego (?) poczucia humoru i tej mojej „różnorodności” – od bouncinginthespotlight po ‚wheredoihide’. Przykro mi, bo może to z moją komunikatywnością jest coś nie tak, skoro przepraszamniegniewajsięniechciałem, kiedy ja ani się nie gniewam, ani nawet nie jest mi smutno. Ale podobno Leila „es como un gato, tiene sus rutas y nadie le puede decir que tiene que hacer”. Good point. And one point for you.
Denerwuje mnie tylko, że czasem te rutas resultan ser tan absurdas que uno ni siquiera sabe si reírse o llorar. I to moje pozwalanieby wtedy, gdy powinnam walczyć oraz niepozwalanieby, kiedy rzeczy powinno się zostawić ich własnemu biegowi.
I nasze oczy, które chcą wszystkiego, a nie mają wpływu na nic.

?

3 komentarzy

Ktoś będzie tęsknił, jeśli zniknę na chwilkę?
Ale tym razem nie dzieje się nic złego, po prostu czas odwiedzić stare i nowe kąty. BEZ machiny piekielnej.

Tymczasem trzymajcie się ciepło i piszcie piękne notki, żebym miała co czytać, po powrocie :**:**

Chyba ostatnio nie zdałam egzaminu z komunikacji społecznej. Ostatnia notka wyszła ze stanu słodko-gorzkości. Nie myślałam, że zadziała tak: „:))))” albo „pozytywnie, z nadzieją”. Szczególnie ostatnie zdania. A „może to jeszcze nie koniec?” nie należy mylić z tym co w sercu dźwięczy, Czarodzieja zaś z Rycerzem.

A my znowu jako ci ostatni. Łajzy dalekie od stylu glamour. Nienormalni i niesmaczni. „Wiesz, tak sobie myślałyśmy J., ty w tych twoich szerokich spodniach, nie wiemy jak ty sobie dasz tutaj radę…”, „M., może lepiej załóż to lub to…”, no i oczywiście te wymowne spojrzenia, przewracanie oczami, złośliwe uśmieszki i konspiracyjne szepty.
My – degeneraci. Bo nie zawsze musimy wyglądać „normalnie”, a już nigdy tak jak wszyscy. Czarne owce o tęczowej wełnie.
Nie planujemy się zmieniać, starego psa nie nauczysz nowych sztuczek.

Urodziny Freddie’ego! Urodziny Miry! Urodziny Pawełka! Urodziny… Ryśka!

Ruda ma 5-miesięcznego synka. Zdążył już być na Woodstocku.
Kochana Z. dalej taka śliczna, chociaż pożegnała dready na rzecz rudawo-malinowych fal. Fale tylko na głowie, wewnątrz wyczuwam spokój, spokój jak nigdy. Cieszę się, może her own private Jim Morrison to naprawdę TO.
Czarodziej ma nowy plan zmiany świata na lepsze. Może to jeszcze nie koniec…? Podobno widział mnie tańczącą gdzieś dziko, podobno „Bożejakonatańczy”, nigdy nic nie powiedział, nie miałam pojęcia… Gdzie, z kim wtedy byłam, dlaczego się nie pokazał, dlaczego nie podszedł, dlaczego „Bożejakonatańczy” nie-do-mnie zamiast „Bożejaktytańczysz” prosto-do-mnie…?
J. odkrywa nowe ścieżki życia, choć jej intelektualizm zawsze wskazywał na obranie niekonwencjonalnych dróg.
Koncerty bardzo na tak, chociaż lekki niedosyt pozostaje. Znajome twarze w tłumie, znajome dźwięki w uszach.
Kate odzyskała właśnie dzisiaj, 7. września coś bardzo ważnego… wierzę w to, tak na 100%. Mówiłam przecież, że 7. nic Jej się nie stanie. Że Rysiek będzie czuwał, by dzień Jego urodzin był dla nas wszystkich jednym z tych najlepszych, „całych w trawie”…
I to miejsce… magiczne zbiegi okoliczności, muzyka, śmiech, to wszystko jak wtedy, jak w piękną grudniową noc. Noc nad noce. Tylko tym razem powietrze nie wibrowało aż tak od tej nieziemskiej, niespotykanej energii…. Hm. To taki nowy nałóg, złapałam się na tym niedawno, chyba nawet ze zdziwieniem, choć to było do przewidzenia. I’m sinking.

Happy Birthday to whom it may concern.

Jak wiadomo, za wielkimi „P” mogłabym skoczyć w ogień i jeśli ktoś okazuje Im brak szacunku, to mamy problem.
Zawsze wychodziłam z założenia, że świat jest o wiele ciekawszy dzięki temu, że wszystkie istoty są różne. Nie rozumiem krzywych spojrzeń, konspiracyjnych szeptów i pogardy na widok kogoś ‚innego’. Denerwuje mnie, że są osoby, które uważąją, że są lepsze od kogoś, kto po prostu inaczej myśli/wygląda, ma inny styl/wartości niż one. Najbardziej boli mnie, że takie ‚wyrocznie’ mają często na tyle wysokie mniemanie o sobie, że potrafią stanąć przed ciepłą, pozytywnie nastawioną do wszystkich istotą i, kompletnie jej przy tym nie znając, wbić sztylet lodowatych, okrutnych słów prosto między jej oczy.
Nie będziemy się tak bawić. Nie jestem pewnie niezniszczalna, ale mam taką dziwną właściwość modyfikacji gdy ukochanym istotom dzieje się źle. Puszę się wtedy jak dziki kot, rosnę w oczach i staję się nieobliczalna.
Nie wiem, co zrobię, jeśli jeszcze raz któreś z nich przyjdzie do mnie wyżalić się po czymś takim. Bo raz, drugi mogę po prostu wyssać Im jad z rany. Ale przy kolejnym pokąsaniu trzeba się zastanowić nad unieszkodliwieniem żmij.
I takich cotojaniejestem stworzeń nie usprawiedliwia nawet fakt, że wiem, czemu to robią – they will never fckin’ ever be as good as my beloved ones are. To może „wyjaśniać” agresję, ale ten drzemiący wewnątrz jad?

And you see much better than I see, and you know all that I’m thinking…
To define or redefine too slow and it seems all that I’m sinking.
Running through the deep gonna find the backwoods,
I found out all day long who will be the big men giving some…
And you bleed much better than I bleed, and you’ve shown all that is so good.
And your word, much better than my word… and you stand… right where a hole should…

Mówiłam już, że mam większe problemy z wybaczaniem krzywd wyrządzonych moim najkochańszym istotom, niz mnie samej?

I can’t find the rhyme in all my reason, lost sense of time and all seasons…
Feel I’ve been beaten down by the words of men who have no grounds.
Can’t sleep beneath the trees of wisdom when your ax has cut the roots that feed them…
Forked tongues in bitter mouths can drive a man to bleed from inside out…
I’ve seen the wicked fruit of your vine destroy the man who lacks a strong mind.
Human pride sings a vengeful song, inspired by the times you’ve been walked on…
My stage is shared by many millions [OR A FEW DEAREST CREATURES] who lift their hands up high because they feel this!
We are one, we are strong – the more you hold us down, the more we press on!
I know I can’t hold the hate inside my mind, ’cause what consumes your thoughts, controls your life…
So I’ll just ask a question, a lonely simple question… I’ll just ask one question:
What if? What if? What if? What if? What If I? What if? What if? What if? What if? What If I? What if? What if? What if? What if? What If I?
What if you did?
What if you lied?
What if I avenge?
What if eye for an eye…?
What if your words could be judged like a crime…
„?!

…tylko pisać o czym, że co?
Że wciąż coś nowego, że czasem starego? Że wciąz bywają wiadomości, przed otrzymaniem których dostaję rozkaz by usciąść? Że zrobiłam mnóstwo zdjęć, których nikomu nie pokazałam…? Że, jak widać, dalej nie sypiam jak normalni ludzie? I że zresztą słowo „normalny” wciąż napawa mnie lekkim niepokojem, co właśnie normalne chyba nie jest. Że miałam jeden po drugim sny o kimś, kto nigdy wcześniej w moich nocnych majakach nie gościł…? Że nie wiem, co dokładnie będę robić dzisiaj, za to majowy weekend 2008 mam już zaplanowany? Że tak naprawdę dopiero teraz, po tym wszystkim, wychodzę powoli z remontu? Że projektuję swój zamek, że mam wreszcie konkretne pomysły, które, jeśli wszystko pójdzie dobrze, być może niedługo zaczną się materializować? Że poznałam Piotrusia Pana, takiego prawdziwego, nieokrzesanego, z Dzwoneczkiem w okolicach szyi i szelmowskim uśmiechem na ustach? Że ostatnia płyta Miry leży świeżo kupiona, bo jakoś boję się ją włączyć…? Że ostatnio tak wiele było wokół mnie śmierci, że aż mimowolnie schowałam gdzieś głęboko to moje wieczne będziedobrze? I nie chcę zbliżać się do ludzi, żeby ich potem ostatecznie nie stracić…? Że „ostatecznie” to zresztą jedno z gorszych słów jakie wymyślono, że Bóg ma dziwne pomysły, a my musimy z tym żyć? Że niektórzy mężczyźni zawsze będą dziećmi, że są rzeczy, które przenigdy się nie zmienią, że są uzależnienia, które zawsze będą uzależnieniami? Że można zrobić kilkanaście spinów na głowie jednocześnie ściągając z siebie ubranie?
Że miałam przecież pisać o Paprocanach, a znowu nie wyszło?
I że świat jest wielkim kotłem, mieszanką wspaniałych i fatalnych wydarzeń, i emocji; mądrych, dobrych oraz głupich i złych istot; gorących, słonecznych dni i nieziemskich burz; że what you get is what you see, ale za to czasami what you see isn’t what you get?

Ale pewnie to wszystko wiecie.

Tak wiele czasu minęło, tak wiele się wydarzyło. Nie wiem co chcę napisać, wszystkie obrazy kotłują się gdzieś w sercu i głowie, chciałabym ułożyć z nich pejzaż, ale wychodzi abstrakcja.

Wielkie nerwy, przełomowe okresy w życiu, swego czasu nawet same znaki zapytania co do tegocobędzie.
Potem, nagle, wszystko się skończyło, skończyło tak dobrze, że wręcz nie umiałam się tym cieszyć, nie wszystko do mnie chyba docierało.
Były potem dni malownicze, dni prawie jak w zeszłym roku, pełne magii, uśmiechu i istot, które „wiedzą o co chodzi”. Była noc w białych ubraniach, był Y. z łańcuszkiem w zębach i dzikością w oczach. Nie przyjechał MM2 i ten brak dało się odczuć, chociaż SCh prawie tę lukę wypełnili. Był Rafi w niebieskich kąpielówkach udowadniający, że do szant można zatańczyć wszystko ;) I jak zwykle nie obyło się bez kilku wpadeksiarobciachów, no ale tak to bywa, kiedy obgaduje się kogoś (a podobno faceci nie plotkują… ;), kto siedzi niezauważony obok – nic to, że oczywiście później to ja muszę świecić oczami… ;> Było odrzucone zaproszenie na szampana i truskawki oraz lekkie, choć celowe, niedopełnienie jednego z obowiązków. I nocne (‚świtowe’) spacery, i G. z ‚pomysłem’ sprawdzenia wytrzymałości przystankowej budki za pomocą potylicy. Zacieśnienie więzi, których powstania się nawet nie spodziewałam… I wyznanie, które powieżył mi Tiger, a które choć specjalnie mnie nie zaskoczyło, było pięknym dowodem zaufania. Zdarzyły się głupie rozmowy. Ale i spotkania z ludźmi, za których widokiem się stęskniłam. Były takie śmiechawki, które aż nie przystoją dorosłym ludziom, takie od których boli brzuch i żuchwa. Były też równie dorosłe wyścigi kto pierwszy na dół – oni windą, czy my schodami… ;) Zjedzone mikroskopijne naleśniki. Zniknięte i znalezione ukochane buty. Było „muy bien!”. I kolejne dowody na bezsensowność Dżeja, od zdjęć z ukrycia po perwersyjne uwagi i wieczną upierdliwość. Był Łącznik, z najnowszymi wiadomościami o moim Guru, co zaowocowało początkowo długim ‚trzymaniem się’, a następnie pęknięciem gdzieś nad ranem. Naprawdę fajnie, że nie byłam wtedy sama, bo o dziwo wolałam żeby KtośKtoRozumie mnie przytulił, przykrył kołdrą i pocałował w głowę do snu. Był pociąg, a w naszym przedziale Pani Zakonnica, która darzyła nas sporą sympatią, dopóki Tiger nie odebrał telefonu od kolegi, z żartem na temat usług seksualnych (tak, siostra wyciągnęła różaniec i więcej się do nas nie odezwała)…
Były później dwie ciężkie przeprawy… i z jednej z nich jeszcze się nie otrząsnęłam, nawet nie mogę jeszcze teraz o tym pisać.
Była mała kontuzja i wielkie choróbsko z pierwszym od dawna antybiotykiem.
Było wystawienie na próbę moich zasad, które szybko utwierdziło mnie w moim byciu sobą i olewaniu przechodzących mi w związku z tym koło nosa przywilejach i dobrodziejstwach ludzkości.
Ostatnio jest nawet dobrze, chociaż ten jeden cień wciąż odczuwam, co nie jest zresztą dziwne…
Profesjonalnie jest również ok i wszystko zależy ode mnie, co mnie bardzo raduje i nieco rozbestwia – przyznaję. Uwielbiam zaprzeczenie pracy od … do … .
Hm.
Po drodze były jeszcze oczywiście Paprocany (szkoda Parki, że Cię nie było, ale faktycznie mam nadzieję, że kiedyś się przy tej pięknej okazji spotkamy :) i szukanie piosenki na teraz, ale o tym… o tym nie da się tak po prostu, tak już. Może next time? :)

Całusy :***


  • RSS